Sport w gliwickiej Policji

Policjant pokonał ponad 2 tys. km na rowerze

Komisarz Waldemar Nitychoruk, zastępca naczelnika Wydziału ds. Przestępczości Gospodarczej KMP w Gliwicach, to zapalony cyklista. Turystyka rowerowa jest jego pomysłem na każdy wakacyjny urlop. Właśnie wrócił z wyprawy, podczas której mógł liczyć głównie na siłę swoich mięśni. Komisarz zwiedził pięć krajów Europy, pokonując ponad dwa tysiące kilometrów. Poniżej jego relacja.

Pomysł wyprawy rowerowej AD 2016 narodził się w Krakowie, trasę zatwierdzono w Gliwicach i wspólnymi siłami 4, a właściwie 5 rowerzystów – zapalonych sakwiarzy długodystansowych zrealizowano w 115%. Te co najmniej 15% powyżej setki to nieplanowana przełęcz – najkrótszy ale najcięższy etap, ale o tym później.

Zbiórka uczestników w Jeleśni k. Żywca. Późnym wieczorem pakujemy się do auta i jedziemy w kierunku Budapesztu, gdzie zamierzamy rozpocząć naszą przygodę. Autem powozi Tadeusz, również rowerzysta – prawie 5 uczestnik wyprawy, bez którego ciężko było by ją rozpocząć, a jeszcze gorzej zakończyć i wrócić do domu.

Zgodnie z planem wczesnym rankiem jesteśmy w Budapeszcie, ale jazdę zaczynamy w miejscowości Kiskunlachaza, około 45 km na południe od Budapesztu, gdyż okazało się, że planowaną drogą nr 51 nie można jechać rowerem – jest zakaz, a duże natężenie ruchu na tej drodze skutecznie ten zakaz egzekwuje.

Węgry, pierwszy kraj, pierwsze wrażenia. Przejeżdżałem przez Węgry podczas wyprawy rowerowej w 2011 roku, którą nazwałem „Szlakiem 5 krajów”, więc wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać, jednak wiele rzeczy jest nowych. Zapach unoszący się w powietrzu, trudny do określenia, trochę ciężki, duszący chwilami ale jednak przyjemny, płasko, szum roślinności wodnej, jednak żadnej wody nie widać, Dunaj jest blisko jednak niewidoczny dla rowerzystów, jedziemy częściowo przez Kiskunsagi Nemzeti Park – drugi węgierski park narodowy założony w roku 1975. Dla ornitologów, biologów, entymologów z pewnością jest to raj. Nocleg znajdujemy w okolicy miejscowości Dunajpataj, nad pięknym jeziorem Szelidi-to, rozbijamy namioty na terenie weekendowego ośrodka wypoczynkowego przy samym jeziorze. Po deszczowej i burzowej nocy oraz mokrym poranku kierujemy się na południe, przejeżdżamy przez ładne miasto Kaleosa, potem miasteczko Baja, do samej granicy ściga nas deszcz.

Serbia, drugi kraj wita nas niespodziewanie pięknym słońcem. Sprawna odprawa paszportowa, wymiana waluty i z dinarami w kieszeni zagłębiamy się w nową rzeczywistość. Zabudowa mijanych wiosek podobna, ale zdecydowanie biedniej. Przy znikomym ruchu samochodów docieramy do miasta Sombor, gdzie znajdujemy Bike Camp. Sympatyczny gospodarz – zapalny rowerzysta częstuje mocną kawą na przywitanie i sokiem z własnych czereśni. Są rowerowe akcenty, jest rowerowy klimat, jest fajnie, 7 Euro od osoby rozbicie namiotu, 10 Euro pokój z aneksem kuchennym. Szczekające namiętnie przez całą noc psy co niektórym nie pozwoliły pospać. O poranku krótka runda po centrum Somboru, całkiem przyjemnym mieście i zmierzamy ku kolejnej granicy.

Chorwacja, w końcu widzimy Dunaj w pełnej krasie, przekraczamy rzekę, granicę i jesteśmy w trzecim kraju naszej Wyprawy. Miasto Vukovar - ślady wojny jeszcze widoczne na wieży ciśnień górującej nad miastem. Przejeżdżany przez piękne, wzorowo zagospodarowane rolnicze obszary, kilka fajnych podjazdów i wąwozów. Spotykamy parę Kanadyjczyków przemierzających rowerami Europę, którzy jadą w przeciwnym kierunku. Po krótkiej pogawędce jedziemy do Ilok, gdzie zaplanowany został nocleg. Niestety pierwsza awaria, Tadziu zrywa łańcuch przy okazji zaliczając glebę, do miasta dociera z ubezpieczającym go Hansem ze sporym poślizgiem. W międzyczasie jednak, dzięki uprzejmości miejscowej Policji znajduję super miejsce na biwak, nad samym Dunajem. Trzy kilometry pogoni za radiowozem i chorwaccy stróże prawa wskazali mi miejsce, w pobliżu hotelu Dunav, gdzie mogliśmy rozbić namioty.

Serbia ponownie. Jeden dzień na Chorwację tym razem musi wystarczyć, wracamy do Serbii. Jedziemy wzdłuż Dunaju, następnie kierujemy się w stronę parku narodowego Fruska Gora. Przed ulewą chronimy się w restauracji, gdzie niestety nic do jedzenia nie mają. Przy padającej mżawce pokonujemy ciężki i dosyć długi podjazd o nachyleniu 13 %, zwiedzanie parku w tych warunkach i z sakwami darujemy i zjeżdżamy do uzdrowiskowej miejscowości Vrdnik. Wzmacniamy się pysznym gulaszem i kawą w oryginalnym lokalu o nazwie „Kod Putina”, gdzie podobizny Władimira Władimirowicza Putina stanowią główną ozdobę i przy okazji, mając na uwadze ciągle padający deszcz w rozmowie z kelnerką załatwiam nocleg, tym razem pod dachem w kategorii kwatera prywatna w bardzo dobrych warunkach i pięknym widokiem. Kolejny piękny dzień w Serbii, spokojną jazdę przerywa jednak awaria, ponownie Tadziu zrywa łańcuch i tym razem nie ma już co naprawiać, sytuacja niefortunna bo jest niedziela. Z pomocą przychodzi zupełnie bezinteresownie starszy pan, jak się później okazuje emerytowany policjant. Jadę z nim jego autem do centrum miasta szukać pomocy, szczęście sprzyja pomimo niedzieli zastajemy mechanika rowerowego przy pracy w przydomowym warsztacie i ma odpowiedni dziewięciorzędowy łańcuch. Wymiana łańcucha jednak nie wystarcza, okazuje się, że przednia przerzutka także jest do niczego, ale to też nie problem. Po dwóch godzinach nieoczekiwanej przerwy, goszczeni sokiem, kawą i innymi specjałami, przez naszego dobrodzieja Stojana i jego żonę, rower jest naprawiony. Wspólna sesja zdjęciowa i w drogę. Docierany do Belgradu, stolica jest ładnie położona na Dunajem wśród wzgórz. Docieramy do centrum i szukamy noclegu. Pierwszy hostel nie istnieje, brak mapy i kłopoty z nawigacją rowerową powoduje, że wyjeżdżamy z miasta przy powoli zapadającym zmierzchu. Gościny udzielają nam dwie kobiety, rozbijamy się namiotami na podwórku ich domu. Na powitanie częstuje nas kawą, śliwowicą i co ważne możemy skorzystać z łazienki. Zaraz po zagospodarowaniu się gwałtowna burza z piorunami i obfitym deszczem po dniu pełnym wrażeń uatrakcyjnia nam wieczór. Jestem pod wrażeniem gościnności Serbów, a to nie były wszystkie ich przyjazne gesty podczas naszej wyprawy, wiele razy na ulicy, kiedy np. patrzyliśmy w mapę podchodzili do nas ludzie pytając się czy potrzebujemy pomocy. Kolejną noc spędzamy na kempingu nad Srebrnym Jeziorem, koło miejscowości Veliko Gradiste, 5 Euro od osoby. Podczas weekendów ponoć wypoczywa tutaj połowa Belgradu, w poniedziałek jednak jest cisza i spokój. Park Narodowy Derdab, tzw. „Żelazne Wrota” podziwiamy kolejnego dnia. Ponad 100 km przepięknych widoków, jazda po mało ruchliwej asfaltówce. Dunaj po lewej i skały po prawej, po drugiej stronie rzeki Rumunia i niemal lustrzane odbicie, asfalt, Dunaj po prawej, skały po lewej. Jazdę uatrakcyjniają liczne tunele, naliczyłem ponad 20, niektóre długości 200 - 300 metrów. Utrudniają niestety … piękne widoki, co chwilę ktoś zatrzymuje się i robi zdjęcie lub krótki filmik. W końcu Hans nie wytrzymuje i wygłasza hasło dnia „ile zdjęć można robić jednego bajora”. Nocujemy za free przy sezonowej knajpce nad samym Dunajem w miejscowości Tekija. Ostatniego dnia jazdy w Serbii kolejny miły akcent - zatrzymuje się auto jadące z naprzeciwka i kierowca wręcza reklamówkę czereśni.

Bułgaria. Szybka kontrola graniczna i wjeżdżamy do Bregowa, najdalej na północ położonego miasta w Bułgarii. Pomniki ku czci niezwyciężonej Armii Czerwonej tutaj to norma. Przed miejscowością Nove Selo zatrzymuję się pod przydrożnym drzewem morwowym (morwa czarna) i zaczynam się delektować soczystymi, słodkimi owocami, potem po prostu objadać, są przepyszne, mogę śmiało stwierdzić, że lepszych w życiu nie jadłem. Rozsądek każe zakończyć ucztę, dołączam do reszty na rynku Nove Selo. Kolejny nocleg na samym Dunajem obok letniej knajpki, za pozwoleniem właściciela. Pierwsze wrażenie po kilkunastu kilometrach – trochę biedniej niż w Serbii, charakterystyczne zabudowania gospodarcze, których wcześniej nie widziałem, niestety w stanie przeważnie nienajlepszym. Zakończenie dania typowe – komary gryzą, żaby zaczynają swój koncert, Dunaj płynie dostojnie, po kilku szybkich toastach ewakuujemy się do namiotów. W kolejny upalny dzień walczymy najpierw z tirami z powodu zamknięcia głównej drogi, potem tirów już nie ma ale jedziemy asfaltem, który wygląda jakby po nim czołgi jeździły. W miejscowości Lom, ponownie nad samym Dunajem, tuż przy sezonowej restauracji znajdujemy nocleg. Można się poczuć jak na wczasach w Egipcie, część plaży wysypana czystym piaskiem, leżaki, parasolki, orientalna muzyka o arabskich rytmach, palmy – prawie jak prawdziwe. Po wieczornej przejażdżce delektuje się specjalnością zakładu – kopiasty talerz małych rybek z głowami, smażonych na głębokim tłuszczu no i oczywiście bułgarskie piwko. Kolejny dzień, na dobry początek długi i ciężki podjazd głównie po kocich łbach. Ostatni dzień jazdy wzdłuż Dunaju, jednak nie przy samej rzece. Przejeżdżamy obok elektrowni atomowej w miejscowości Kozloduj, potem długa prosta i szeroka szosa wzdłuż której może przez 10 km po obu stronach rosą orzechy włoskie. Jadę i wypatruje oczywiście morwy, w końcu jest, zatrzymuję się i ucztuję, koledzy przejeżdżają niezainteresowani, dziwne. W miejscowości Orjahowo o dziwo odprawa graniczna i przeprawa promem na drugą stronę Dunaju, żegnamy Bułgarię.

Rumunia – kolejny i ostatni kraj naszej wyprawy, tutaj odprawa graniczna też nas nie ominęła. Docieramy do miejscowości Bechet, jesteśmy tuż po 16,30 i o dziwo bank już zamknięty, wymiany waluty nie będzie, jest jednak bankomat. Zatrzymujemy się w hostelu, 220 leja za pokój dla czterech osób ze śniadaniem. Kurs między złotym a lejem to praktycznie 1 do 1, co znacznie ułatwia rozliczenia. W Rumuni niewiele zmieniło się od mojej ostatniej tam wizyty trzy lata temu. Furmanka jest równoprawnym z samochodem środkiem transportu, najpopularniejszym samochodem oczywiście Dacia, a najwięcej jest takich 20, 30 letnich i starszych. Sytuacja w większych miastach, jest pod tym względem znacznie lepsza i podobna do tej w Polsce. Niektórzy myślą, że w Rumunii są sami Cyganie, nic bardziej mylnego owszem jest ich sporo w niektórych, z reguły biedniejszych miejscowościach, ale są też takie miejscowości gdzie nie widziałem ani jednego. Kierunek północ, zmierzmy w głąb kraju, naszym celem są góry, jedziemy częściowo wzdłuż rzeki Jil, czerwoną drogą nr 55 docieramy do miasta Crajova. Dzięki nawigacji rowerowej tracimy dużo czasu, skierowała nas na boczne, nieutwardzone drogi, po których jazda z sakwami to mordęga. Nocujemy w miejscowości Golesti na stacji benzynowej, oczywiście nie w środku ale w namiotach na trawniku. Kolejny nocleg na przedmieściach Targu Jiu, wynajmujemy pokój w pensjonacie (150 lei za dobę od czterech osób) i postanawiamy zrobić po 13 –tu dniach jazdy dzień odpoczynku, więc w przyzwoitych warunkach spędzamy dwie noce. Wybór okazał się słuszny bo cały następny dzień padał deszcz. Jak ktoś ma za dużo wolnego to się nudzi lub kombinuje, w naszym przypadku nastąpiła modyfikacja planów i postanowiliśmy przejechać Transalpinę – to jest te 15 % ponad plan. Po dniu wypoczynku docieramy do Novaci, gdzie zatrzymujemy się na nocleg. Po obiedzie postanawiam pojechać do miejscowości Ranca oddalonej o 18 km, żeby zobaczyć co nas czeka następnego dnia. Zaraz za Novaci spotykam drugą czteroosobową grupę z Polski, wśród których jest wspomniany na początku Tadeusz – nasz kierowca. Do Rumunii przyjechali tylko na kilka dni zdobyć Transalpinę i Transfogarską. Po 18 km wspinaczki docieram do Rancy, jest pięknie ale nie jest łatwo 10% nachylenia to norma, chwilami jest więcej, pustym rowerem jedzie się nieźle, z sakwami będzie dużo ciężej. Dnia następnego po sutym śniadaniu (mnóstwo makaronu) ekipa atakuje Transalpinę. Faktycznie jak przewidziałem z sakwami jest inna jazda, zdecydowanie ciężej, w pięknym słońcu docieramy do Rancy, potem pogoda się psuje, nadciągają czarne chmury, które wiszą znacznie poniżej otaczających nas szczytów. Zaczyna padać deszcz, potem deszcz z gradem, leje jak z cebra. Rozpętuje się burza z piorunami. Jedziemy z mozołem coraz wyżej schować się nie ma gdzie, nie ma nic tylko droga, skały i gdzie niegdzie łaty śniegu. Surowy alpejski krajobraz. Chwilami jadę bardziej siłą woli niż mięśni, w wielu miejscach gdzie nachylenie sięga 13% i więcej jadę zygzakiem, zawsze to trochę łatwiej, a że ruch samochodowo-motocyklowy znikomy, mogę sobie na to pozwolić. W końcu docieram na przełęcz Urdele 2145 m.n.p.m, dałem radę, nie prowadziłem roweru nawet przez metr, czuję satysfakcję. Przemoczony chronię się od wiatru i deszczu w budzie zbitej z desek, która prawdopodobnie służyła za stragan z pamiątkami, przebieram się w suche rzeczy, uzupełniam stracone kalorie, staram się rozgrzać i czekam na resztę ekipy. Po 20 minutach są już wszyscy, cali i zdrowi, czekamy aż przestanie padać i dokarmiamy miejscowe pieski. Niestety deszcz towarzyszy nam też przy zjeździe, niezliczone zakręty, hamulce ledwo zipią, deszcz zacina po oczach. Przed jeziorem Vidra docieramy do skupiska domów, wynajmujemy pokój w schronisku. Gospodyni, sympatyczna starsza pani widząc zmokniętych rowerzystów, częstuje śliwowicą własnej roboty. Według nawigacji nadal jesteśmy wysoko, 1360 m.n.p.m. to wyżej niż Rysianka czy Wielka Racza Beskidzie Żywieckim. Dzisiejszy etap był najkrótszy podczas naszej wyprawy, ale zdecydowanie najcięższy. Następnego dnia przejeżdżany brzegami jeziora Vidra, zaliczamy długi podjazd, a następnie zjazd, który wydawał się, że nie będzie miał końca. Ręce bolą od kierownicy, hamulce w stanie agonalnym, piękny asfalt Transalpiny z górnego odcinka to już wspomnienie, teraz trzeba uprawiać slalom pomiędzy dziurami. Piękną doliną wzdłuż rzeki Lotru dojeżdżamy do miejscowości Brezoi i do Parku Narodowego Cozia. Tutaj piękna jazda skończyła się i nie lada odwagi wymagała jazda około dziesięciokilometrowym odcinkiem drogi krajowej nr 7, gdzie natężenie ruchu z tirami w roli głównej było po prostu koszmarne. Trochę przez przypadek odwiedzamy niesamowity Monastyr Turnu przed miejscowością Caciulata. Jeden z mnichów zaprosił nas na przekąskę do klasztornej kuchni. Ciorba, jakiej jeszcze nie próbowaliśmy, pyszny ser, powidła własnej roboty, zsiadłe mleko i inne specjały zaspokoiły by największego smakosza. Mieliśmy nadzieję rozbić namioty na terenie monastyru, popularnego dosyć wśród turystów, jednak trudności w komunikacji trochę pokrzyżowały nam plany. Ostatecznie brat Justynian wskazał mi ogrodzoną przyklasztorną łączkę z sadem, gdzie nie bez przygód spędziliśmy noc. Widokowo miejsce na biwak super, dookoła skały, niewielki staw, spokój - do czasu jednak. Zaraz po 22 zaczęło się, najpierw coś rozsypało nam śmieci, pozbieraliśmy je i reklamówkę powiesiłem na drzewie, po kilka minutach Hans krzyczy, że jedną z jego sakw coś odciągnęło od namiotu. Przezornie swoją sakwę z żywnością z przedsionka chowam do sypialni namiotu, jednak to nic nie dało bo coś porwało z przedsionka moją menażkę, kiedy odsunąłem wejście do namiotu zobaczyłem lisa w pełnej krasie, stał jakieś pól metra od namiotu, nastąpił pojedynek wzrokowy, po którym lis zniknął w mroku. Coś w tym wzroku muszę mieć bo lisisko dało nam już spokój. Co innego żaby, rechotały przez całą noc i ranek z taką intensywnością, że nawet stopery nie zdołały wygłuszyć całkowicie tego koncertu. Kolejny dzień okazał się częściowo marszowy, kierując się do miejscowość Suici, do której zgodnie z mapą prowadziła żółta droga, czyli odpowiednik naszej wojewódzkiej, asfalt się skończył a zaczęła taka stromizna, że Transalpina przy tym wysiada. Pchanie rowerów chwilami szło z największym trudem, a sypkie miejscami podłoże powodowało, że licznik wskazywał porostu 0 km/h. Kiedy w końcu zobaczyłem asfalt miałem ochotę go ucałować. W miejscowości Suici rozdzielamy się, ja mam już dosyć pchania roweru, umawiamy się na spotkanie w miejscowości Corbeni i sam jadę główną drogą do Curtea De Arges, gdzie wyjeżdżam na słynną drogę nr 7C, czyli trasę Transfogarsą – wisienkę na torcie naszej wyprawy. Pozostała trójka uczestników do 7C próbowała dojechać „na skróty”, spotkałem ich dużo wcześniej niż w Corbeni, a ich ubłocone rowery i smętne miny oraz jakże budujące trzy słowa „Waldek miałeś racje”, dały mi powiem nieskromnie trochę satysfakcji. Pensjonat Daniel w miejscowości Capatanenii wybrałem na nocleg i po obiedzie wyjechałem na mały rekonesans kolejnego etapu. Dojechałem do sztucznego jeziora Vidraru, to co po drodze zobaczyłem po prostu mnie urzekło. Nic więc dziwnego, że Trasa Transfogarska jest tak popularna i licznie odwiedzana, naprawdę jest co podziwiać. Ostatni etap i konsumpcja wisienki na torcie. Piękna pogoda, piękna trasa, piękne widoki. Jedzie się bardzo dobrze, nachylenie drogi znacznie łagodniejsze niż na Transalpinie, jedyny minus to dzień tygodnia – sobota. Sporo aut, zatrzęsienie motocyklistów. Im wyżej tym lepsze widoki, niekończące się serpentyny. Patrząc z dołu wiele razy zastanawiałem się którędy ta droga może prowadzić, gdyż nie było jej widać i wydawało się że ukształtowanie terenu – góry, po prostu nie pozwolą na poprowadzenie drogi. Budowniczowie drogi jednak poradzili sobie z tym, jak podają źródła do budowy zużyto 6 milionów kilogramów dynamitu. I tak droga Transfogarska zbudowana przez wojsko dla celów militarnych, na życzenie jednego człowieka, propagandowo zwanego między innymi jako „Słońce Karpat”, czy „Granitowy drogowskaz promiennej przeszłości”, stała się jedną z największych atrakcji turystycznych Rumunii. Pod tunelem melduję się o godz. 15.00, jestem na wysokości 2034 m.n.p.m, dookoła jeszcze sporo śniegu, dwa tygodnie wcześniej ponoć tunel był jeszcze zamknięty, zewsząd słychać huk wodospadów, jest pięknie. O 16.25 dojeżdżają dwaj najstarsi członkowie zespołu, szczęśliwi i dumni z pokonania podjazdu. Po przejechaniu tunelu, liczącego prawie 900 metrów – najdłuższego w Rumunii czeka nas niesamowity zjazd. Kilka razy trzeba się jednak zatrzymać na sesje zdjęciowe. Droga Transfogarska od strony północnej jest bardziej rozpoznawalna i częściej fotografowana, osobiście jednak bardziej przypadła mi go gustu południowa strona. Prawie 6 godzin podjazdu dla niespełna 45 minut zjazdu, jeżeli chodziło by tylko o samą przyjemność ze zjazdu, było by to bez sensu z ekonomicznego punku widzenia, jednak widoki, wrażenia, satysfakcja nadają temu przedsięwzięciu bardziej zrozumiały charakter, dla osób którym obcy jest ten rodzaj „wypoczynku” i poznawania kraju, Europy z nawet świata. Etap i rowerową część wyprawy kończymy dzień przed planowanym terminem w miejscowości Cartisoara, ponad 1000 km od domu, gdzie pozostaje nam już tylko czekać z nadzieją na piątego - zmotoryzowanego członka wyprawy, że nas znajdzie i przywiezie do domu.

 

Podsumowanie: Dzięki Wydziałowi Kultury i Promocji Urzędu Miejskiego w Gliwicach mieliśmy identyczne koszulki i drobne gadżety promujące miasto Gliwice, wręczane osobom, które udzielały nam podczas wyprawy pomocy, wsparcia, lub okazały się po prostu życzliwe i sympatyczne. Zaopatrzeni też zostaliśmy identyczne koszulki, uzyskane z firmy Merida, dzięki współpracy podjętej przez Region IPA Gliwice.


 

Uczestnicy wyprawy: Waldemar Nitychoruk, (Vladimir), autor relacji – Gliwice, Jan Bawół (Jancio Wodnik), pomysłodawca wyprawy – Kraków, Andrzej Mikulski (Hans) – Gliwice, Tadeusz Klimczak (Tadziu) – Jeleśnia.

Kilka danych technicznych:

Łączny czas wyprawy: 31.05. – 21.06.2016 r

Ilość etapów jazdy rowerem: 18

Liczba krajów: 5 – Węgry, Serbia, Chorwacja, Bułgaria, Rumunia.

Łączny dystans rowerowy: 2067 km

Łączny czas spędzony na siodełku: 100 godzin